Cold brew nie ma jakichś wyjątkowych walorów smakowych. Szczerze mówiąc, obie kawy smakowały mi podobnie: słodko, lekko, niczym kompot z suszonych owoców. Zaletą jest to, o czym już pisałem: długa trwałość przy zachowaniu dobrego smaku, ogromna ilość kofeiny przy braku nieprzyjemnych wrażeń. Po tych dwóch butelkach dość trzeźwo mi się spało, a wstałem rano z szeroko otwartymi źrenicami

. Sądzę, że może przesadziłem z ilością, że tak duże ilości kofeiny mogą być wątpliwą korzyścią dla zdrowia, ale niewątpliwym plusem jest to, że w podróży można się czymś takim uratować przed zaśnięciem za kierownicą. Na pewno jest taki macerat dużo lepszy niż cokolwiek, co nam zaparzają na stacjach benzynowych. Podsumowując: cold brew z dobrej kawy a nie piwo powinien być podstawowym artykułem na stacji benzynowej

.
Dziś rano, po powrocie do domu, zaparzyliśmy sobie espresso z ostatnich Hondurasów. Nic dodać nic ująć, są świetne w takiej formie. Jedwabiste, słodkie, pachnące rodzynkami, daktylami, wiśniami, czekoladą

. Tylko znowu: jest to zupełnie inna kategoria niż ziarna z Afryki. Ziarna z Hondurasu są stosunkowo duże i miękkie, w pewnym sensie przypominają najlepsze Brazylie, ale ze swoimi aromatami są jednak znacznie ciekawsze.
Potem Synestezja poczyniła następujące palenia: Etiopia Rocko, Etiopia Konga, ostatni wsad Kolumbia La Cristalina od Granja La Esperanza, blend Hacienda Sonora/Don Jimenez, Honduras COMSA Natural i Brazylia Lilith. Część zostanie jak jest, powstaną też z tego nowe blendy.