Dziś z kolei odwiedzili mnie sympatyczni ludzie, goszczący w pobliskim pensjonacie. Chcieli kupić kawę do automatu. Na początku nawet nie chcieli niczego spróbować. Och, to dałem, co miałem czyli wcześniej zaparzony w V60 napar...
Od słowa do słowa zrobiliśmy małą sesję z espresso. Bo espresso raczej nie da się zrobić w automatycznym ekspresie. Pierwsze było espresso #1. W dwóch wersjach: odrobinę niedoparzone i dobrze zaparzone. Trzecim była Ariadna+. Rozmawialiśmy o kawie i ekspresach automatycznych. O wrażeniach ze wspomnianych trzech filiżanek.
Pani wspominała, że przygodę z kawą zaczęła dawno temu od kawy rozpuszczalnej, a pan od początku kawę kojarzył z polską tradycją "szklanki w koszyczku". Tę ostatnią formę też doskonale pamiętam ze starych dobrych czasów. Teraz mają automat, więc podsunąłem Ariadnę. Co ciekawe, pani chciała koniecznie spróbować jasno palonej kawy, więc w koszyku wylądowały również Eli single -- do kawiarki. I teraz najciekawsze. Wrażenia zmieniały się z upływem czasu i w miarę stygnięcia filiżanek. Pierwsze wrażenia państwa krążyły gdzieś wokół "kwaskowatego" smaku, ale sami się zdziwili jak może się różnić ta sama kawa różnie zaparzona i jak bardzo różnią się różne kawy, i jak bardzo różnią się ich wrażenia. To co wydawało się bardziej kwaśne, staje się mniej kwaśne itp. Rozmawialiśmy jeszcze o tym jak bardzo kawa może być mocna i jak to odczuwamy.
Nasza rozmowa jakoś zakręciła do Kolumbii jako kraju słynącego z dobrej kawy. Znajomy naszych gości przywiózł im kiedyś paloną kawę z Kolumbii. I ta kawa, specjalnie zamówiona i długo oczekiwana, okazała się taka zupełnie "zwykła", nie różniła się od tych marketowych, okazała się rozczarowaniem. Cóż miałem zrobić, wyciągnąłem naszą Kolumbię i zrobiłem 4 espresso. Razem wypiliśmy je z przyjemnością. Pani była zdumiona, bo bardzo jej smakowała La Claudina, choć była "kwaskowata" -- ale i słodka

. Została pusta filiżanka -- a goście byli po kawie i po śniadaniu, zarzekali się, że żadnej kawy nie wypiją. Mnie zaś o wiele przyjemniej było z kolejną kawą -- bo w sympatycznym towarzystwie.
Po paru godzinach odwiedzili mnie jeszcze jedni goście. To już w ogóle była znamienna dla tych stron, międzynarodowa ale i bardzo kawowa wizyta. Dowiedziałem się, że poprzednia nazwa naszej miejscowości to Konradswalde. Też pięknie. W każdym razie ubyło kolejnej paczki
Juicy z Geshą, więc ten tego...