Niedawno narzekałem, że na Śnieżnik nie zdążyliśmy jeszcze wejść w tym roku. Spędziliśmy za to parę dni w Tatrach. Codziennie zaparzałem trochę kawy za pomocą V60, tylko 20g i tylko rano -- można więc uznać, że był to czas spędzony bez kawy

. Bez kawy -- za to z ogromną intensywnością innych organoleptycznych wrażeń oraz ze sporym wysiłkiem fizycznym na świeżym powietrzu. Dawniej bywaliśmy w Tatrach parę razy w roku, teraz był to pierwszy raz po wielu latach. Ogrom przestrzeni, odległości, wysokości, bezmiaru z początku mnie przytłoczył i wystraszył. Nijak nie można przymierzyć naszych "pagórków" do tatrzańskich przestworzy,
W "wysokich górach" zaskoczyło mnie to, że ich stoki obfitują w owoce. Owoców w górach są kosmiczne ilości. Np. szczyty Małego i Wielkiego Barańca w Tatrach Zachodnich przekraczają ponad 2 tys. m.n.p.m., a owoce na tych wysokościach są co najmniej cudne

. Są to przede wszystkim jagody (borówka czarna), borówki czerwone (brusznica) i chyba borówki bagienne. Analogie ze światem kawy są całkiem wyraźne. Im wyżej, tym więcej aromatów. Im bardziej dojrzałe owoce, tym bardziej aromatyczne, choć zdarzają się też owoce przejrzałe o charakterze octowym. Im bardziej nasłonecznione stanowiska, tym bardziej słodkie owoce. Borówki bagienne spotykałem najwyżej -- są najbardziej słodkimi owocami. Borówki czerwone najbardziej przypominają kawę -- są zarówno gorzkie i kwaśne.

W wysokich górach razem z owocami spotyka się niedźwiedzie. Nie spotkaliśmy się z nimi w cztery oczy ale ślady ich obecności mijaliśmy co chwila. Parę razy spotykani ludzie, schodzący z góry mówili o obserwowanych przez nich misiach. Niedźwiedzie spacerują tymi samymi traktami i szlakami co ludzie, obżerają się na potęgę, zostawiają po sobie "owocowe" odchody. Wcale się misiom nie dziwię. Sam mógłbym jeść te małe, słodkie kulki całymi dniami. Gdyby jeszcze takie obżarstwo mogło zakończyć się zimową hibernacją -- to pasowałoby mi najbardziej

. Uświadomiłem sobie, że naprawdę owoce stanowią dla niedźwiedzi sygnał, wywołujący w nich hormonalne/metaboliczne przemiany -- kończące się zimowym snem.
W każdym razie, po powrocie sprawdziłam moje kawki w espresso: Ariadna super, Chocolate Wave z pewnym "borówkowym" akcentem

, Otranto podobnie, Orvieto słodkie, Montecristo też słodkie. Wychodzi na to, że wyczulony jestem bardziej na borówkową naturę naturali...

Dziś trochę kolejnych kaw wypaliłem -- przeżyłem przy tym pewną niespodziankę. Nie spodziewałem się, że w jednym z worków zastanę wyjątkową robustę. Jest to robusta z Brazylii, z regionu Espirito Santo. Początkowo potraktowałem ją jak większość takowych ziaren: dość mocno, brutalnie, bo to twarde ziarna. Efekt trochę mnie przeraził: pewna część tych ziaren uległa "zwęgleniu", gdy większość wygląda normalnie. Wow. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. "Węgielki" są kruche, słodkie i o dziwo kwaskowate. Nie mogę się doczekać jutrzejszego espresso z robusty...
