Właśnie popijam espresso ze Stormy Weather i muszę się przyznać, że lubię takie konkretne wrażenia: bez światłocienia, crema ciemnoorzechowa. Przede wszystkim wypełniają one całe podniebienie, głowę całą, przyjemnością gęstą i jedwabistą, słodką i gorzką. Na samym dnie czeka na nas odrobina cudownej kwaskowatości...

OK, ale to ta ciemna strona. Bo gdy obok mam dla porównania espresso z ostatnimi paleniami Synestezji, to też muszę przyznać, że je lubię. Choć crema jest jasna, czasem blada, zdawałoby się nic nie zapowiada, a jednak smak kwaśny nabiera rumieńców w otoczeniu plejady aromatów brzoskwiń, jabłek, jeżyn, malin i porzeczek

. I wtedy siłą rzeczy mniej smakuje mi ta pierwsza filiżanka.
Niektórzy są jednak bardziej zdecydowani niż ja. Dziś chyba spontanicznie dwoje ludzi do nas zaszło. Skoro już weszli, to dostali po trzy filiżanki espresso. W pierwszym była moja mieszanka Chocolate Wave, w drugiej Synestezji Red Dark, a w trzeciej blend urodzinowy, dla którego wciąż nie ma lepszej nazwy

. Okazało się, że mój blend Chocolate Wave może konkurować z włoskimi Brasilianami, Agustami, Mokitami, Caffenami itp. (bo przede wszystkim włoskimi kawami goście się raczą). Pozostałe zostały określone jako bardziej kwaskowate choć bardzo dobre, sami wiecie...

Zarówno Chocolate Wave, Stormy Weather, Ariadna -- są to kawy kawowe, espresso bardzo jest solidne, crema ciemnoorzechowa, smak gorzki wyraźny, zrównoważony w przyjemny sposób kwaskowatością. I tyle, nic więcej się tu dodać nie da. Są to proste kawy, na co dzień, na poranek albo dobry wieczór, albo po obiedzie

.
Synestezja tymczasem rozwija swoją opowieść do sfer niebieskich... Najpiękniejsze kawy Synestezji pochodzą od zwykłych, prostych ludzi. Parę dni temu otwieraliśmy worki z Kenii. Można się przy tym wzruszyć. Tkanina tychże worków jest raczej licha, biedna, kolorem przyszytej tasiemki każdy worek odróżnia się od pozostałych, w środku jest wprawdzie folia grain-pro, ale dłonie w kontakcie z nią stają się czarne. Rzekłbyś: kawa z Czarnego Lądu. Każda taka kawa pochodzi od setek, tysięcy ludzi... Niesamowite też, że w filiżance zamienia się ona w czystą, owocową przyjemność.
Inaczej jest z kawami zza Oceanu, z Nowego Świata. Mamy tam do czynienia z całkiem dobrze prosperującymi gospodarstwami, z bardzo zaangażowanymi, świadomymi swego dzieła i wartości ludźmi. Tak jest z Mauricio Salaverria i El Divisadero, tak jest z Miriam Peres i jej Finca Clave del Sol, z rodziną Lemus i Finca Peña Redonda, z rodziną Aguilera i ich plantacjami w West Valley w Kostaryce albo z rodziną Chacon i ich Finca Las Lajas w Central Valley w Kostaryce. Ta ostatnia Kostaryka to istna rewelacja. Ale zerknijcie na ten film:
To zupełnie normalna, zapracowana rodzina. Kawy z ich plantacji, z ich rąk trafiają do najlepszych kawiarni na świecie...