z autopsji wiem, że porządna "chmura" lub dwie zdecydowanie wyostrzają zmysły
Ciekawe zdarzenie z „chmurą”, niekoniecznie taką jak Mara, miałem w nadbużańskim miasteczku. Spokojna i senna to okolica, wszyscy się znają, życie toczy się w ustalonym od lat rytmie. Sporo ludzi pracuje za granicą, a część na miejscu kultywuje chrześcijańskie czy też prawosławne obyczaje, regularnie spożywając przysłowiowy chleb i wino, częściej przemycaną wódeczkę. Jeżdżę tam co jakiś czas, poznałem wędkarzy spędzających całe dnie nad Bugiem. No i kilka lat temu, ledwo przyjechałem, odwiedziła mnie trzyosobowa delegacja. Powiedzieli, że mają ważną sprawę i chcą pogadać. Ale nie w domu, tylko nad rzeką koło promu i żebym za godzinę koniecznie przyszedł. Jak grzecznie proszą, to nie wypada odmawiać. Nad rzeką czekało na mnie kilkanaście osób, sami mężczyźni.
– Ten nowy – mówią - co się tu niedawno osiedlił, ma jakieś fajne papierosy, po których widzenia są.
Oni ich jeszcze nie palili, bo tutaj nikt o takich papierosach tu nie słyszał, dlatego postanowili mnie zapytać, może coś wiem.
– Nie palcie tego – powiedziałem – bo starych drzew się nie przesadza. Jak żeście całe życie gorzałkę pili, to dalej to róbcie.
- Ale kiedy on mówi, że jak zapalisz takiego papierosa i pójdziesz do lasu, to kwiatki i motylki do ciebie gadają.